Copyright Marcin Ch. © 2006 Design by JAsko zalecana rozdzielczość: 1024 x 768

 

 

 

  • DZIEŃ 1

    TRASA: Kraków (Modlniczka)– Niepołomice – Żabno – Dąbrowa Tarnowska - Radomyśl Wlk.
    – Mielec – Kolbuszowa – Sędziszów Młp. – Trzciana

Późnym rankiem z wolna przemierzałem gród Kraka. Wiedząc że nie mam nad sobą niczego ani nikogo co kazałoby mi przejechać określony dystans mogłem sobie na to pozwolić. Jechałem w kierunku Puszczy Niepołomickiej by chowając się w jej zaciszu uciec choć na parę kilometrów od warkotu samochodów. Spotkała mnie jednak niespodzianka: w samym środku lasu trwał właśnie... remont nawierzchni. Od tej pory mój rower naznaczony jest niezliczoną ilością czarnych kropek na dolnych rurkach ramy. Następnie znaną mi z poprzedniego wyjazdu (w Bieszczady) drogą udałem się w kierunku Mielca. Ruch aut był niewielki a teren stosunkowo płaski więc kilometry szybko uciekały spod kół. Tuż przed Radomyślem Wielkim zjechałem na przydrożną łąkę na posiłek. Chciałem zjeść w spokoju zanim zbliżę się do większego miasta i bardziej ruchliwych dróg. Mielec powitał mnie pomnikiem przedstawiającym samolot. Przejazd aprzez miasto nie nastręczył problemów więc parę chwil później jechałem lekko pagórkowatą drogą pośród lasu wprost na wschód. Co ciekawe na przydrożnych parkingach umieszczone były informacje „UWAGA! WŁAMANIA DO SAMOCHODÓW!” W pewnej chwili zacząłem się nawet zastanawiać czy jechać dalej lecz spotkana wkrótce grupa szosowców uświadomiła mi że dopóki nie mam ze sobą radia samochodowego nic mi nie grozi. W Kolbuszowej zaaferowany niedawnym spotkaniem z kolarzami obrałem kurs na Sędziszów Młp. Po 20 km wyboistej dziurawej drogi spostrzegłem swój błąd: zamiast pojechać do Sokołowa Młp. skręciłem na Sędziszów Młp. Stałem teraz na skrzyżowaniu z drogą E40 Kraków – Rzeszów. Zaczynał zapadać zmrok w pobliżu nie było lasu w którym mógłbym się rozbić. Próbowałem znaleźć kemping lub motel ale na próżno. Jadąc przy świetle lamp diodowych wzdłuż E40 zobaczyłem spore pole nieskoszonej trawy sięgającej jak się później okazało powyżej mojego pasa. Tu przyszło mi spędzić pierwszą noc.

  • DZIEŃ 2

    TRASA: Trzciana – Rzeszów – Trzebownisko – Dąbrówki – Leżajsk – Tarnogród – Osuchy – Józefów –
    Zwierzyniec – Biłgoraj – Harasiuki

Po śniadanku decyzja mogła zapaść tylko jedna: Rzeszów! Nie lubię zawracać więc myśli o powrocie do Kolbuszowej nie dopuszczałem – choć to tylko 30 km. Zdecydowałem się zdjąć również opaskę uciskową na kolano która zaczęła mnie obcierać podczas jazdy. A tak się z nią zżyłem od wyjazdu w Bieszczad. Od tego czasu skończyły się wyższe prędkości w obawie o kolano W Rzeszowie postanowiłem zrezygnować z głównej drogi do Sokołowa Młp. i odbicia stamtąd na Leżajsk. Początkowo chciałem tak pojechać by odwiedzić znajomy kemping w Brzózie Królewskiej. Skoro jednak przyszło mi spać gdzie indziej moja wizyta byłaby bezcelowa... Klucząc bocznymi drogami wzdłuż jakiejś rzeczki jechałem równolegle do E40 aż do drogi Łańcut – Leżajsk na którą skręciłem. Przez Żołynię pagórkowatą szosą dotarłem do Leżajska by tam odbić na znany mi odcinek do Tarnogrodu. Poprzednim razem pokonywałem go przy pięknej pogodzie i cudownym zapachu lasu. Miałem nadzieję że i tym razem tak będzie no i nie zawiodłem się! Jedynym mankamentem był wiatr wiejący w twarz. Za Tarnogrodem zatrzymałem się na odpoczynek i posiłek. Z leniuchowania wyrwał mnie warkot ciągnika. Posuwał się wolno w kierunku w którym i ja zamierzałem się udać niebawem. Niewiele myśląc zebrałem manatki dogoniłem ów pojazd i jadąc w odległości ok. 5 metrów za nim pozbyłem się wiatru na najbliższe 12 km. W Osuchach traktor skręcił do zagrody a ja znów zacząłem zmagać się z wiatrem. Dosłownie parę kilometrów dalej wjechałem do lasu który ciągnął się nieprzerwanie aż pod Biłgoraj. Cudownie jeździ się po Roztoczu – jedno auto na godzinę stosunkowo dobre drogi przebiegające przez jezdnię dzikie zwierzęta... Można zapomnieć o życiu codziennym i zgiełku... Na dłużej zatrzymałem się w Zwierzyńcu – mieście ogrodzie – jak o nim mówią. Położone w samym środku Roztoczańskiego Parku Narodowego zachęca nie tylko bogactwem przyrody ale także budowlami z czasów ordynacji Zamojskich. Droga do Biłgoraja minęła bardzo przyjemnie: pozdrawiająca mnie grupa szosowców o mało nie powywracała się machając rękami a wiatr wiał nareszcie w plecy. Później zaczęły się dziury i walka z czasem by dojechać do jakiegoś większego lasu. Przy zapadających ciemnościach rozbiłem namiot za wioską Harasiuki.

  • DZIEŃ 3

    TRASA: Harasiuki – Krzeszów – Jeżowe – Bojanów – Majdan Królewski – Ostrowy Tuszowskie – Przyłęk
    – Mielec – Radomyśl Wlk. – Dąbrowa Tarnowska – Szczurowa – Nowe Brzesko – Kraków (Modlniczka)

Dzień pełen niespodzianek i w dodatku „z batem nad głową”. Wiedziałem że muszę dojechać do domu choćby w nocy. Wstałem wcześnie i zebrałem się szybko. Jechałem w zimnej porannej mgle ubrany w ciepłe ciuchy jednak obciążone ostatnio dość mocno kolano dawało o sobie znać. To wpłynęło na moje tempo. Wybór drogi – zdawałoby się – był szalenie prosty – NAJKRÓTSZA. Za Krzeszowem słońce zaczęło wypierać poranne mgły zaczęło robić się ciepło. Kolano przestało doskwierać wraz z ustąpieniem wilgoci. Asfalt zaczął szybciej uciekać spod kół. Aż do Bojanowa. Tam droga przebiega wzdłuż poligonu w Nowej Dębie. Wykoszona w środku lasu prosta długości 14 km nie dość że dłuży się niemiłosiernie to jeszcze tworzy się tam coś w rodzaju tunelu aerodynamicznego – masz szczęście jeśli wiatr wieje ci w plecy – ja nie miałem... W Majdanie Królewskim miałem zamiar odbić na Baranów Sandomierski drogą „wojewódzką drugorzędną jednojezdniową” jak wynikało z mapy. Po półgodzinnym szukaniu odbitki zagadnięty autochton oznajmił mi że droga owszem jest ale ze względu na to że to droga strategiczna czołgowa nie została wyasfaltowana. Piasku miało być na niej 20 cm i z tak obciążonym rowerem nie było sensu się pchać. Jednocześnie zagadnięty polecił drogę alternatywną „z dobrym asfaltem” przez Ostrowy Tuszowskie. Faktycznie jechało się super – do czasu. Asfalt zmienił się w sito na następne 8 km. W pewnej chwili usłyszałem że coś upadło na ziemię a rower stał się dziwnie lekki. Okazało się że jedna z tylnich sakw zerwała oba mocowania i odpadła. Na szczęście pomógł zabrany z domu mocny sznur i odrobina pomysłowości. Dojechałem wreszcie do drogi głównej Kolbuszowa – Mielec znanej mi z podróży w przeciwną stronę. W Mielcu na Rynku krótki postój na „podwójne ruskie” – obowiązkowy punkt jadłospisu każdego wyjazdu. Do Grobli zmuszony byłem jechać tą samą trasą jak dwa dni temu. Dłużyła się niesamowicie głównie za sprawą wiatru wiejącego w twarz i dającego o sobie znać kolana. Przy panującej wszędzie szarówce dojechałem do Grobli. Włączyłem lampki i dalej jechałem już tylko przy ich świetle. Szosa z Nowego Brzeska jest lekko z górki więc ostatnie 30 km -choć pod wiatr i z bolącym kolanem – pokonałem niemalże jak na skrzydłach. Do tego mały jak na drogę krajową ruch... A może to świadomość bliskości domu objawiła się przypływem mocy? Pozostał jeszcze tylko wieczorny przejazd przez Kraków i około godziny 23.30 wtuliłem się we własną pościel na zasłużony odpoczynek. Na szczęście podczas całych trzech dni nie spadła ani jedna kropla deszczu bo wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.