URLOP W PIGUŁCE
Pomimo czekającego mnie tygodniowego urlopu nie mogłem pozwolić sobie na żaden dłuższy wyjazd. Doszedłem do wniosku, że czas jaki mogę przeznaczyć na wypad w góry muszę wykorzystać w pełni. Wstałem o 6 rano, zjadłem szybkie, energetyczne śniadanie i z niedoleczonym przeziębieniem ruszyłem w trasę. Początek był stosunkowo prosty: asfaltem przez Czernichów do Wadowic. Jazdę utrudniał jedynie wiatr wiejący w twarz i pochorobowy, krótki oddech. W Wadowicach wjechałem pierwszy raz w teren. Szlak prowadził przez Łysą Górę na Leskowiec. Podjazd pod pierwszy szczyt był dość stromy i wąski, a przez to bardzo przyjemny. Zjazd wiódł zarośniętą drogą zwózkową, na której nie sposób dopatrzyć się było szlaku. Dopiero na dole, w Ponikwi udało mi się zlokalizować znaki. Podjazd na Leskowiec dostarczył wszystkiego, co w górach może czekać na rowerzystę. Błoto, śliskie kamienie i korzenie, wymyte przez wodę koleiny towarzyszyły mi aż do szczytu. Ostatni, stromy podjazd przyszło mi pokonać we mgle. Na krótkim zjeździe do schroniska przekonałem się o bardzo małej skuteczności przedniego hamulca. Niestety zwykłe naciągnięcie linki nie przyniosło efektu, z powodu bardzo startych klocków. W oczekiwaniu na posiłek musiałem przestawić cały zacisk, tak żeby przy maksymalnie wysuniętych klockach blokował tarczę. Zaraz po opuszczeniu schroniska zaczął padać deszcz. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, gdyż i tak byłem już mokry, zrobiło się jednak nieprzyjemnie chłodno. Zjazd prowadził szeroką drogą gruntową z wymytymi koleinami i odsłoniętymi kamieniami. W pewnej chwili zgubiłem szlak i ostatnie kilometry do Krzeszowa pokonałem najeżonym wielkimi, śliskimi kamieniami dnem strumienia. We wsi odnalazłem znaki czerwone, i kierując się nimi zdobyłem Żurawicę. Teren miejscami nie pozwalał pokonać się na kołach, czy to ze względu na stromiznę czy na powalone drzewa. Zjeżdżając do osady Żmije spotkała mnie nieprzyjemna przygoda. Drogę zagrodziły mi trzy nie uwiązane psy. Dopiero podniesiony w górę kamień skłonił je do cofnięcia się i pozwolił na ostrożne przejście obok. Dalsza część zjazdu to przyjemna, dość sucha gruntowa droga doprowadzająca do osady Koźle. Za osadą szlak wyprowadził mnie na wielką łąkę przez którą prowadziła tylko jedna droga. Przy wjeździe do lasu nie było jednak żadnych znaków. Pomimo poszukiwań nie udało mi się go zlokalizować. Intuicyjnie wybierając drogę w lesie, przyjemnym zjazdem udało mi się dotrzeć do cywilizacji. Wyjechałem niedaleko ruin zamku w Suchej Beskidzkiej. Rzut oka na mapę utwierdził mnie w przekonaniu, że do Zembrzyc (gdzie planowałem dotrzeć) muszę dojechać asfaltem. Szlak z Zembrzyc przez górę Chełm według mapy miał prowadzić cały czas drogą. Zastanawiałem się czy nie ominąć tego fragmentu jadąc główną szosą w kierunku Sułkowic. Ambicje wzięły jednak górę i zacząłem walczyć z bardzo długim i stromym asfaltowym podjazdem. W ruch poszły najmiększe przełożenia, a ja za każdym zakrętem wypatrywałem wypłaszczenia. Pod samym szczytem szlak skręcał w polną drogę doprowadzającą do punktu widokowego. Widok może nie zapierał tchu w piersiach ale uroku odmówić mu nie można. Dalsza część szlaku na szczęście nie potwierdziła moich obaw co do jego nawierzchni. Cały czas jechałem polnymi i leśnymi drogami oferującymi na przemian śliczne widoki na pasmo Beskidu Żywieckiego i zaszyte między drzewami kapliczki. Wjeżdżając na liczne polany musiałem zwracać baczną uwagę na to by nie zgubić szlaku. Niestety na jednej z nich intuicja mnie zawiodła i do Palczy zjechałem na azymut. Zlokalizowanie znaków nie trwało długo i szybko zacząłem podjazd pod Bieńkowską Górę. Początkowo łatwa, leśna droga przerodziła się w wąski, kamienisty, stromy wąwóz, którego nie sposób było pokonać na kołach. Poza tym fragmentem szlak to raj do turystyki rowerowej. Do samych Myślenic prowadziły mnie leśne, błotniste drogi oferujące ciekawe, szybkie zjazdy i niezbyt mozolne podjazdy. Gdzieniegdzie dostrzec można było zaszyte w lesie kapliczki. Ostatnia część szlaku prowadziła zjazdem przez łąkę praktycznie do centrum Myślenic. Po szybkim posiłku i nasmarowaniu łańcucha udałem się w ostatnią część trasy. Powrót hałaśliwą Zakopianką kontrastował z dzwoniącą jeszcze w uszach ciszą leśnych ostępów. Do domu dojechałem około 19:30. Trasa wycieczki liczyła 167km z czego 90 pokonałem asfaltem.
Jadąc samemu rzadko zabieram aparat. Tak było i tym razem, więc galeria powinna nosić tytuł:
„Skolioza po wycieczce”
lub
„ W jakim stanie nie wracać do domu w rocznicę ślubu (chyba że do tak wyrozumiałej żony jak moja)”