TURBACZ NOCĄ
Pewnego dnia w pracy odwiedził mnie Sierżant. W trakcie rozmowy pochwalił się, że planują z Maćkiem nocny wyjazd na Turbacz. Niestety nie mieli wolnego miejsca w aucie, gdyż miały jechać z nimi dwie koleżanki. Bardzo chciałem przyłączyć się do eskapady, więc zacząłem szukać kompana do drugiego auta. Dałem znać Radarowi, gdyż z góry znałem jego odpowiedź.
Kiedy 26.10.2005r dotarłem na umówione miejsce zobaczyłem kilku rowerzystów, w tym Sierżanta, Maćka i Radara. Jak się okazało pozostali, czyli Mariusz i Szeryf zostali zwerbowani przez Radara. Szybko dojechaliśmy do Koninek, gdzie przesiedliśmy się na nasze rowery uzbrojone po zęby we wszelkiego rodzaju oświetlenie. Trasa naszej wycieczki prowadziła początkowo szlakiem rowerowym trawersującym stok narciarski Tobołów. Peleton się nieco rozciągnął, gdyż stwierdziliśmy, że nie za bardzo jest się gdzie zgubić. Przed osiągnięciem szczytu Mariusz zaczął dłubać coś w swoim bicyklu. Chcieliśmy zaczekać na niego przy górnej stacji wyciągu. Pechowo na jedynym rozwidleniu pomyliliśmy kierunki. Kiedy zawróciliśmy Mariusza już nie było. Zdążył nas wyprzedzić, w dodatku mocno naciskał na pedały chcąc nas dogonić. Telefony dawno straciły zasięg, więc nie było między nami żadnej komunikacji. Nie oszczędzając zanadto sił zdobywaliśmy Obidowiec. Dopiero na grani spotkaliśmy czekającego na nas Mariusza. Odtąd postanowiliśmy trzymać się w kupie. Mozolnie posuwaliśmy się do góry zmagając się z ciemnościami, błotem, kamieniami i korzeniami. Niedługo po północy dotarliśmy w pełnym składzie do schroniska na Turbaczu. Kilka pamiątkowych zdjęć, telefony do znajomych, kanapki, termosy, batoniki - wszystko było najważniejsze w tym momencie. Wkrótce okazało się, że tej nocy Turbacz zdobędą także inni ludzie, nadjeżdżający autami terenowymi. Drogę powrotną zaczęliśmy od podjazdu na szczyt. Sierżant wykazał się kunsztem mechaniki i wśród połamanych wiatrołomem drzew zreanimował hydraulikę w rowerze Radara. Po chwili zjazdu zgubiliśmy drogę. Choć wszyscy byli już nastawieni na jazdę w dół, musieliśmy się cofnąć zaliczając długi podjazd. Od tego momentu, uważnie pilnując oznaczeń, czerwonym szlakiem zjechaliśmy do Starych Wierchów, by tam skręcić na żółty szlak do Poręby Górnej. Pokonując ostatnie kilometry asfaltem dotarliśmy do samochodów. Wycieczka rowerowa zakończyła się ok. 3:30 w domach zaś byliśmy ok. 5 nad ranem.