Copyright Marcin Ch. © 2006 Design by JAsko zalecana rozdzielczość: 1024 x 768

 

 

 

OSTATNI TABOR

"Hej, wstawaj! Tabory pędzą dzień po dniu"

 

Zawody oficjalnie zaczęły się 1.05.2007r. Na ten dzień przewidziane było jedynie przyjęcie zawodników i wieczorna odprawa techniczna. Mimo całego dnia spędzonego w Zakopanem (właściwie na okalających szlakach turystycznych) na tę odprawę nie zdążyliśmy – ktoś zablokował nam wyjazd z parkingu… Wieczorem, przy świetle czołówek, przygotowaliśmy jeszcze rzeczy potrzebne na kajaki oraz drugi etap rowerowy i trekkingowy i udaliśmy się spać. Noc była bardzo zimna i pomimo ciepłych śpiworów odczuwaliśmy chłód.

Przed startem miała miejsce odprawa paszportowa (etap rowerowy częściowo zlokalizowany był na Słowacji), później spiker (dla poprawienia humorów zawodników) zapowiedział, że czeka nas najtrudniejsza edycja w historii imprezy.

Biorąc sobie te słowa do serca miejski bieg na orientację potraktowaliśmy bardzo luźno – niewiele tu mogliśmy zyskać, za to kosztem sporej straty energii. Na etap wysokogórski wyruszyliśmy jako jeden z ostatnich zespołów. Żarty się skończyły i trzeba było zacząć walkę. Dolinę Białego, Drogę nad Reglami na Kalatówki i zejście do Kuźnic prawie przebiegliśmy. Ku naszemu zaskoczeniu minęliśmy najwyżej 5 zespołów. Podejście przez Boczań do Murowańca robiliśmy jeszcze mocnym ale już spokojniejszym tempem. Na punkcie przy schronisku zadałem obsługującemu go żartobliwe pytanie „jak tam, jesteśmy już na 50-tym?” na które otrzymałem śmiertelnie poważną odpowiedź „jeszcze nie, ale przy waszym tempie już niedługo…” Po chwili odpoczynku wyruszyliśmy na podbój Kasprowego. Wiodący wzdłuż nartostrady wyślizgany, stromy szlak dał się nam mocno we znaki. Na górze zobaczyliśmy w pełnej krasie pasmo Czerwonych Wierchów, z którymi mięliśmy się zmierzyć. Idąc na zmianę po rozmiękłym śniegu, mokrej trawie i błocie dotarliśmy na Kopę Kondracką. Po chwili odpoczynku wyruszyliśmy przez Małołączniak w kierunku Ciemniaka. Miejscami strome zejście z tego ostatniego dało mi się mocno we znaki – czułem że ciężar ciała opieram w dużej części na kijach i gdyby nie one, bolące lewe kolano ugięło by się bezwładnie powodując wywrotkę. Wybawieniem miała być zbliżająca się Dolina Kościeliska. Chcąc nieco skrócić trasę postanowiliśmy przeprawić się przez strumień. Idąc kilkadziesiąt metrów w górę nurtu znaleźliśmy dogodne – jak nam się zdawało – na to miejsce. Z pomysłu szybko zrezygnowaliśmy, gdy z butami na szyi i zakasanymi spodniami wpadłem do wody powyżej kolana, wykonując przy tym półobrót spowodowany wartkim nurtem i śliskimi kamieniami. Znowu stratni o kilkanaście minut, za to z cudownie lekkimi i schłodzonymi stopami potulnie wróciliśmy na szlak i przeprawiliśmy się mostem. Do jaskini Raptawickiej doszliśmy szybkim krokiem. Poniżej wejścia zostawiliśmy cały dobytek i wyposażeni jedynie w czołówki udaliśmy się na jej penetrację. Pierwszy z dwóch punktów nie nastręczył kłopotów, drugi znajdował się w pozornie płytkiej odnodze. Aby do niego dotrzeć musiałem przeczołgać się głową w dół przez wąski otwór, kilka metrów pokonać na czworaka i wczołgać się do komnaty. Po zaliczeniu zadania skontrolowano jeszcze nasze wyposażenie obowiązkowe (telefon, dokumenty, apteczka) i ruszyliśmy w dół doliny do Kirów. Tam przecięliśmy drogę główną i kombinacją lokalnych asfaltów i szutrówek z jednym małym błędem doszliśmy w okolice szczytu Mietkówka. Przy czołówkach, na azymut dotarliśmy do szlaku turystycznego który doprowadził nas na punkt. Tym samym szlakiem udaliśmy się w kierunku Gubałówki gdzie zlokalizowany był drugi bieg na orientację. Przed szczytem skończyło mi się picie i batony, miałem więc nadzieję że punkty biegu odnajdziemy szybko. Pomimo bezbłędnej lokalizacji pierwszych 5 lampionów i tak dopadł mnie kryzys. Podczas gdy Sierżant wszedł w las odbić kartę, ja położyłem się na trawie i zacząłem zajadać makaron z chińskiej zupy (dzięki Pit – to u Ciebie to podpatrzyłem!). Kolejny, przedostatni punkt sprawił nam dużo kłopotów. Szukaliśmy go przez ok. dwie godziny i tylko trzeźwość umysłu Pawła pozwoliła nam go w końcu zlokalizować. Na zakończenie etapu zostało tylko mordercze dla kolan zejście z Gubałówki. Ok. 2:30 stawiliśmy się w bazie rajdu. Po ciepłym posiłku zapewnianym przez organizatorów zafundowaliśmy sobie godzinę snu.

Z perspektywy czasu wiem, że zakończyliśmy najbardziej wyczerpującą dla nas część rywalizacji.

Wyjazd na etap rowerowy, pomimo twardych założeń, przeciągnął się o godzinę. Kartę odbiliśmy ok. godziny 6:00. Asfaltem dojechaliśmy do Małego Cichego skąd szutrowa droga miała nas doprowadzić na punkt. Po chwili podjazdu okazało się że skręciliśmy w niewłaściwą odnogę. Żeby nie wracać przeszliśmy na azymut przez łąkę, bez kłopotu odnajdując punkt. Stąd wybraliśmy opcję kombinacji dróg zwózkowych prowadzących w okolice Białki Tatrzańskiej. Zjazd był szybki i… skuteczny gdyż na dole dogoniliśmy poprzedzający nas zespół jadący wariantem „cywilizowanym”. Z podjazdem pod Brzegi rozprawiliśmy się szybko, za to w zjeździe przeszkodziło nam przechodzące przez drogę stado owiec. Po zdobyciu kolejnego punktu przyszło się nam rozprawić z kolejnym podjazdem, znacznie dłuższym niż poprzedni. Po nim przekroczyliśmy granicę i rewelacyjnym, szybkim zjazdem wśród pól dotarliśmy do miejscowości Osturńa. Znów złapaliśmy asfalt pod koła i korzystając z tego, że cały czas było lekko w dół gnaliśmy co sił w nogach do Vel’kej Frankowej. Mijane po drodze ekipy znacznie poprawiły nasze morale i następny podjazd serpentynami również nie sprawił kłopotów. Po chwili zjazdu trafiliśmy na rozstaje, po orientacji mapy skierowaliśmy się na północ w kierunku Spiskiej Starej Wsi. Jeszcze przed tą miejscowością odbiliśmy na wschód, by po krótkim asfaltowym podjeździe zjechać łąką do kolejnego punktu. Dalsza jazda odbywała się gruntową drogą wzdłuż potoku, prędkość podróżna na szczęście nie spadła za nadto. Punkt na przełęczy Cerla zdobyliśmy pchając rowery szlakiem turystycznym. Był to i tak najszybszy wariant, gdyż ze względu na stromiznę szkoda było energii na szarpaninę z podjazdem. Na kolejnym punkcie w Szczawnicy zlokalizowane było zadanie specjalne – most linowy. Wiedzieliśmy, że siedzimy na ogonie kilku ekipom, stosunkowo płaski odcinek wzdłuż Dunajca postanowiliśmy więc wykorzystać by na zadaniu zameldować się na początku kolejki. Średnia prędkość na odcinku wyniosła ok. 35km/h co jak na popularne miejsce spacerowiczów nie było rozsądne – rajd jednak rządzi się swoimi prawami… W Szczawnicy ustawione były 2 punkty po dwóch stronach dopływu Dunajca – jeden dla kategorii Masters, drugi dla nas. Pechowo trafiliśmy na niewłaściwy… By nie tracić czasu na powrót na most rzuciłem tylko przez ramię „ogień!” i jadąc po piasty w wodzie znaleźliśmy się we właściwym miejscu. Zadanie nie sprawiło żadnych problemów, podobno nawet byliśmy jednym z szybszych zespołów. Do kończącego etap rowerowy przepaku w Niedzicy pojechaliśmy drogą wzdłuż rzeki, którą przed chwilą pędziliśmy w szalonym tempie. Tym razem było jednak nieco więcej czasu na podziwianie okolicy. W Sromowcach Niżnych przejechaliśmy mostem na drugą stronę Dunajca, i cały czas wzdłuż jego brzegu jechaliśmy aż do celu. Na przepaku zameldowaliśmy się ok. godz 12:30.

Chcąc popływać kajakiem drugi trekking musieli byśmy skończyć do godziny 18:00 - zostało nam pięć i pół godziny, i choć wydawało nam się to mało realne postanowiliśmy spróbować. Kompletując ekwipunek okazało się że nie dojechał jeden z naszych pakunków – bez tego sprzętu (np. kije) moglibyśmy zaliczyć etap, ale nie wpłynęłoby to pozytywnie na naszą dalszą dyspozycję. Fakt ten zgłosiliśmy organizatorowi i wtedy uśmiechnęło się do nas szczęście. W ramach rekompensaty skierowano nas bezpośrednio na kajaki, odkładając trekking na później. Gwarantowało nam to uniknięcie 6 godzinnej kary za niestawienie się w wyznaczonym czasie na etap kajakowy, skazywało jednak na zaliczanie części etapu pieszego po ciemku. Samo pływanie po jeziorze nie nastręczyło nam kłopotów ani nawigacyjnych, ani technicznych. Jedynym mankamentem okazał się sprzęt którym przyszło nam pokonać te kilkanaście kilometrów – pomimo przeszkolenia (na środku jeziora, z motorówki) przez WOPR i zastosowania wielu technik kajak bardzo ciężko było utrzymać w linii prostej. Pływaliśmy zygzakami co kosztowało dodatkową porcję energii. Pomimo ładnej, ciepłej pogody, nogi zanurzone w kilkucentymetrowej głębokości wodzie przelewającej się po dnie kajaku zmarzły nam solidnie.

Przed wyjściem na etap pieszy wysuszyliśmy się dokładnie i zjedliśmy ciepły posiłek gwarantowany przez organizatora. Punkty, które mieliśmy znaleźć rozlokowane były wzdłuż asfaltowej drogi, po obu jej stronach. Zapowiadało to niestety mało ciekawy etap. Po kilku „twardych” kilometrach zboczyliśmy w teren by odnaleźć szczyt góry Humbak. Nie nastręczyło to kłopotów i po kilkudziesięciu minutach znowu „połykaliśmy” asfaltowe kilometry. W miejscowości Kacwin odnaleźliśmy niebieski szlak, którym dotarliśmy w okolicę kolejnego punktu. Po przejściu na azymut przez skrawek lasu, jar i łąkę podbiliśmy kolejny punkt, schowany w wysokich zaroślach. Zeszliśmy tą samą drogą do Kacwina, by zdobyć grzbiet po przeciwnej stronie. Mieliśmy nadzieję, że punkt uda nam się zlokalizować jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Narzuciliśmy ostre tempo pod górę, wszystko szło zgodnie z planem do momentu, kiedy skręciliśmy w boczną drogę. Wydawała się być właściwą – odchodziła zaraz na skraju lasu, prowadziła dokładnie na wschód. Przemierzyliśmy polanę, odbiliśmy w kolejną – wydawałoby się właściwą – odnogę, dotarliśmy do rozstaja gdzie powinien znajdować się punkt i… załamaliśmy ręce. Pusto. Zapadał zmrok, wyciągnęliśmy czołówki i jeszcze raz zorientowaliśmy mapę. Stwierdziliśmy, że jesteśmy na drodze równoległej do właściwej. Przemierzyliśmy polanę i wbiliśmy się w las. Nie było żadnych ścieżek, przedzieraliśmy się przez gęste zarośla na kompas. Kiedy wydawało się że trafiliśmy na drogę, której szukamy poszliśmy nią w kierunku, w którym powinien znajdować się punkt. Po kilkunastu minutach poszukiwań zdecydowaliśmy wrócić do ostatniego miejsca, którego byliśmy 100% pewni. Podczas zejścia zacząłem odczuwać ból w kolanie. Przy głównej gruntówce raz jeszcze zorientowaliśmy mapę i postanowiliśmy dotrzeć do punktu innym wariantem. Ponownie zaczęliśmy mozolne podejście. Po pewnym czasie minęliśmy zespół wracający po znalezieniu punktu. Utwierdziło nas to w słuszności podjętej decyzji. Po kilkunastu minutach i my staliśmy się posiadaczami podbitej karty. Odnalezienie tego punktu kosztowało nas stratę ok. 2 godzin. Do Kacwina dotarliśmy aż nadto dobrze znanym z poszukiwań lampionu systemem dróg gruntowych. Asfaltem udaliśmy się aż do rozstaja dróg na przedpolach Niedzicy. Postanowiłem nadłożyć trochę drogi i dotrzeć do punktu łatwym nawigacyjnie terenem, oszczędzając nam ryzyka kolejnego błądzenia. Pół godziny później z kompletem znalezionych punktów zaczęliśmy szukać drogi powrotnej na przepak. Powrót do asfaltu znaną nam drogą byłby bardzo dużym nadłożeniem kilometrów, zdecydowaliśmy się więc na poszukiwanie alternatywy. Wg wskazań kompasu udaliśmy się na północ, gdzie trafiliśmy na rozległą polanę. Tam po kilkunastominutowym poszukiwaniu odnaleźliśmy szeroką drogę gruntową, która zaprowadziła nas do centrum Niedzicy. Dalsza droga do bazy rajdu wiodła asfaltem, który kilka godzin temu pokonywaliśmy w przeciwnym kierunku. Poziom adrenaliny zmalał, powieki zaczęły opadać pod własnym ciężarem w rytm kolejnych kroków. Tępo patrząc na czubki butów usilnie starałem się nie zasnąć. Podnosiłem raz po raz ociężałą głowę, wtedy wyobraźnia w połączeniu ze zmęczeniem rysowała przed moimi oczami przedziwne obrazy. Widziałem zmieniające się miejscami elementy ogrodzeń, tańczące w rytm wyimaginowanej muzyki ogromne, betonowe słupy linii wysokiego napięcia, asfalt falujący jak tafla morza podczas sztormu … Na szczęście powrót na przepak nie wymagał jasności umysłu.

W bazie płonęło ognisko, w jego okolice przenieśliśmy nasze rzeczy. Senność ustąpiła jakby za sprawą rozpływającego się ciepła. Ogrzaliśmy ubrania rowerowe, by ich włożenie było milsze, zjedliśmy posiłek i zapakowaliśmy wszystko co zbędne do toreb. Na tych czynnościach, odbywających się w nieco spowolnionym tempie, minęło nam ok. 1,5 godziny. Ok. 4 nad ranem, przy panujących jeszcze ciemnościach dosiedliśmy naszych rumaków i wyruszyliśmy na ostatni etap tych zawodów. Chłód nocy nie zadziałał na nas trzeźwiąco – wręcz przeciwnie. Senność powróciła ze zdwojoną siłą. Jedynym bodźcem wyrywającym nas z letargu był odgłos drobnych kamyków leżących na poboczach dudniących o dolną rurę ramy. Był to sygnał że jeden z dwóch rowów jest niebezpiecznie blisko i szybko trzeba ocenić, w którą stronę odbić kierownicę. Do tego dochodziły wydobywające się z mroku w świetle lampek, przybierające różne realne kształty ciemniejsze połacie asfaltu, cienie i plamy . Niejednokrotnie dużego samozaparcia wymagało od nas wjechanie np. w siedzącego psa, który na szczęście okazywał się senną marą. Kilometry uciekały bardzo powoli – pod górę ze względu na senność i zmęczenie, w dół dzięki przebłyskom zdrowego rozsądku i świadomości bardzo słabego kontrolowania sytuacji. Nie pomagały podwójne dawki żeli energetycznych z dodatkiem kofeiny – organizmy buntowały się, a do powrotu do normalnego funkcjonowania potrzebny był inny niż dotychczas bodziec. Problem tkwił w tym że nie mieliśmy pojęcia jaki i szczerze mówiąc nawet nie zastanawialiśmy się nad tym. Nasze myśli krążyły wokół czegoś innego. Przez głowy przewijały się coraz to nowe pomysły: „a może stanęlibyśmy, jeden przespałby się pół godziny w rowie a drugi w tym czasie czuwał, później zmiana”, albo „rozpalmy ognisko! mam zapalniczkę!”, lub „widzę pustostan, wejdźmy na górę, tam bezpiecznie można będzie spać”. Nie poddając się jednak parliśmy niezłomnie do przodu z zawrotną prędkością średnią 15km/h. Zaraz po zjechaniu z asfaltu, przed pierwszym punktem kontrolnym minęliśmy wracający z niego zespół. Poziom adrenaliny gwałtownie wzrósł, wróciła trzeźwość umysłu i ostrość widzenia. Do punktu jechaliśmy z prędkością ponad dwukrotnie wyższą niż kilka minut temu. Szybko wróciliśmy na asfalt, by po kilkuset metrach odbić w stronę kolejnego punktu. Jaką frajdą i wyzwaniem był dla nas zjazd na semislickach oszronionymi, śliskimi łąkami o wschodzie słońca! Szybko wykonaliśmy zadanie polegające na wyjściu na skałę drabinką alpinistyczną i zjazd tyrolką. Co sił w nogach szeroką szutrówką pognaliśmy w kierunku asfaltu, by nim dotrzeć prawie do kolejnego punktu. W okolicy Białki Tatrzańskiej zaczęły się konkretniejsze podjazdy, a my staraliśmy się cały czas utrzymać tempo. Zrobiliśmy już ładnych kilka kilometrów od ostatniego punktu a naszych rywali wciąż nie widać było na horyzoncie. Kiedy z bolącymi od obciążenia kolanami dotarliśmy na punkt w Gliczarowie Dolnym zapytałem obsługę ile czasu przed nami był ostatni zespół. W odpowiedzi usłyszałem, że pół godziny. Kolana ugięły się pode mną, i jedynie troska obsługującego dała mi drugi oddech. Zapytał o jaki numer zespołu nam chodzi, wtedy okazało się że rywali (którzy widać wybrali inny wariant przejazdu) już przegoniliśmy. Z punktu przejechaliśmy granią do Gliczarowa Górnego, w którym napotkany „dobry duch” podpowiedział nam mniej wymagającą siłowo opcję przejazdu. Za jego radą długim i szybkim zjazdem dotarliśmy do „zakopianki” w Białym Dunajcu. Stąd płaskim odcinkiem przeskoczyliśmy do Poroniona by zmierzyć się z podjazdem przez Ząb na Gubałówkę. Daliśmy na nim z siebie wszystko mijając kolejną ekipę. Do ostatniego punktu kontrolnego doprowadzić nas miała leśna ścieżka biegnąca początkowo wzdłuż ściany lasu, później wzdłuż strumienia. Mimo ogrodzenia terenu, pełni obaw wskoczyliśmy na – jak nam się wydawało – właściwą drogę. Zjechaliśmy do pierwszej polany i zaczęliśmy szukać lampionu. Nie było go tam jednak… Sierżant zaczął przeklinać to pasmo na czym świat stoi, w końcu drugi raz na tym rajdzie i drugi raz na ostatnim punkcie etapu mieliśmy pecha. Rzuciłem rower na trawę i resztkami sił pobiegłem z mapą w ręku zorientować teren. Po 10 minutach wróciłem do kolegi z triumfem na twarzy – jak się okazało zatrzymaliśmy się na małej, ledwo widocznej na mapie polance oddalonej ok. 300m od właściwej. Po swoich podeszliśmy do grani Gubałówki i nie chcąc tracić czasu na asfaltowe objazdy puściliśmy się w dół niebieskim szlakiem. Pięknym akcentem na zakończenie naszych zmagań były te wąskie ścieżki, korzenie, uskoki i techniczne przesmyki między drzewami. Dojazd na kemping – bazy rajdu był już tylko szybką formalnością. O godzinie 10:50 zameldowaliśmy się na mecie, plasując się na 20 lokacie w kat open i 17 wśród załóg męskich.

 

Podsumowując: pieszo pokonaliśmy ok 80km, rowerem ok 150km, kajakiem ok 13km