SZARPANINA
Jeszcze w drodze do Sulejowa „Szarpanina” istniała w mojej głowie jako igraszka – dwukrotnie krótszy dystans niż na TNAFT (ok. 120km), brak dużych wzniesień, o górach nie wspominając… Rzeczywistość zweryfikowała moje poglądy wkrótce po starcie, ale po kolei:
Start miał miejsce w dzielnicy Sulejowa Podklasztorze u stóp dawnego klasztoru Cystersów. Po wspólnej fotografii zaczęliśmy zmagania z trasą biegiem na orientację. Upał dawał się we znaki od samego początku, zwłaszcza, że sporo punktów zlokalizowanych było wśród łąk i pól, czyli na otwartej przestrzeni. Odnaleźliśmy wszystkie bez kłopotu i z kompletną kartą rozpoczęliśmy etap rowerowy. Narzuciliśmy bardzo mocne tempo, mając na uwadze lokalizację pierwszego zadania specjalnego, które znajdowało się już na pierwszym punkcie kontrolnym. Niestety mimo to nie udało nam się uniknąć przestoju. Na punkt dojechaliśmy w trzy zespoły, i pechowo obsługa zdecydowała że my zadanie wykonamy jako ostatni… Dwie osoby z zespołu miały do pokonania tyrolkę z rowerem przez rzekę, dwie przeprawę na dętkach. Na drugim brzegu jako pierwsi stawiliśmy się z Joasią rozprawiając się z dętkami, Maciek i Staś dołączyli do nas kilka minut później. Po ponownym pokonaniu rzeki (tym razem w bród) i leśnej drogi, złapaliśmy znowu asfalt pod koła. Tuż przed punktem drugim wjechaliśmy znowu w las i… prawie stanęliśmy w miejscu. Głęboki piach znacznie utrudniał jazdę czasem ją wręcz uniemożliwiając. Na domiar złego skręciliśmy w kierunku punktu nie na tym rozwidleniu leśnych dróg co trzeba. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji upłynęło kilka minut, a powrót do właściwego wariantu okupiliśmy bieganiem z rowerami po piachu. Za kolejnym, trzecim punktem, który znaleźliśmy już bezbłędnie Maciek postanowił pojechać dość odważnym wariantem drogą wśród pól - do wyboru mięliśmy nadrobienie kilku km asfaltem lub zaryzykowanie spotkania z wszechobecnym piaskiem. Fortel powiódł się, piachu było jak na lekarstwo i na punkt 4 przybyliśmy jako druga drużyna. Dojazd do kolejnego punktu a zarazem zadania specjalnego (przeprawa przez rzekę na dętkach) wiódł plątaniną leśnych ścieżek, oraz w naszym wypadku, podmokłą łąką. Po przeprawie czekało nas kilkadziesiąt metrów z rowerem na plecach przez zarośniętą łąkę poprzecinaną kanałami melioracyjnymi. Stąd pozostało już tylko kilka kilometrów dobrymi drogami do przepaku zorganizowanego w bazie harcerskiej. Przebranie się, zjedzenie małego „conieco”, uzupełnienie płynów zajęło nam zaledwie 12minut, gdyż na plecach czuliśmy oddech trzeciego w stawce Napieraj.pl. Etap trekkingowy był takim głównie z nazwy, gdyż na wielu odcinkach o dobrej nawierzchni poruszaliśmy się truchtem. Był to dla mnie pierwszy sygnał, że nie będzie tak łatwo jak się tego spodziewałem. Po ok. 6 km pokonaliśmy rzekę przy pomocy prowizorycznego mostu linowego i dotarliśmy na początek etapu kajakowego. Tenże liczący tylko 10km wyssał ze mnie największą ilość energii na rajdzie. Zadanie polegało na spłynięciu 5km z prądem, podbiciu punktu i powrocie. Rzeka na tym odcinku wiła się strasznie, nurt wymuszał poruszanie się non stop od jednego brzegu do drugiego, a chwila nieuwagi i jego zgubienie skutkowało natychmiastową wysiadką i pchaniem kajaka przez mieliznę. Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak dopiero w drodze powrotnej: ręce cały czas musiały pracować pełną mocą, by kajak nie zatrzymał się w miejscu, w dodatku ze względu na wspomniane mielizny musiały zmagać się z najsilniejszym prądem. Do tego identyczne niemal zakręty i nadzieja, że to już ten ostatni, pryskająca jak bańka mydlana gdy tylko oczom ukazywał się kolejny… Po ponad dwóch godzinach walki dotarliśmy wreszcie na ląd, mokrzy, nieco zziębnięci, przy asyście kropiącego deszczu. By nieco się rozgrzać kolejny trekking zaczęliśmy… truchtem. Poszukiwania punktu kontrolnego zajęły nam dłuższą chwilę, skutkiem czego było pokonanie następnej części trasy wraz z trzecim dotychczas zespołem Napierajów. Wspólnie dobiegliśmy na obowiązkowy odcinek specjalny (na odprawie technicznej określony jako penetracja kanału) więc postanowiliśmy pokonać go wspólnymi siłami . W praktyce przez ok. 3 km przedzieraliśmy się przez bagno zarośnięte plątaniną jeżyn, pokrzyw sięgających połowy uda, powalonych spróchniałych drzew, gdzie każdy krok wzbijał w powietrze rój komarów. Teoretycznie najprostszym wyjściem było brodzenie po kolana w wodzie, jednak liczne tamy bobrów i powstałe przez to rozlewiska skutecznie to uniemożliwiały. Kiedy wydostaliśmy się z gęstwiny postanowiliśmy powoli acz sukcesywnie oddalać się od rywali. Wspólnie dotarliśmy jednak aż do początku kolejnego etapu – drugiego biegu na orientację. Pierwsze trzy punkty odnaleźliśmy jeszcze wspólnie, czwarty sprawił obu zespołom nieco kłopotów. W jego poszukiwaniu nasze drogi rozeszły się i jak się okazało nam udało się szybciej prawidłowo zorientować mapę. Kolejne punkty na szczęście znaleźliśmy bez kłopotów i jako pierwsi dobiegliśmy na przepak. Szybka zmiana butów i skarpet zajęła nam jeszcze mniej czasu niż ostatnio, dosiedliśmy rowerów i trzymając mocne tempo pognaliśmy w kierunku ostatnich trzech punktów kontrolnych. Pierwsze dwa zlokalizowaliśmy bezbłędnie, trzeci ustawiony był na parkingu zaraz przy szosie. Tam zostawiliśmy rowery i oznaczoną trasą udaliśmy się na ostatnie zadanie specjalne. Polegało ono na obiegnięciu (w butach spd z kołkami z przodu…) nieczynnego, zalanego wodą wapiennika (kamieniołomu), i zaliczeniu w połowie trasy zjazdu na linie i podejścia po niej przy asyście przyrządu zaciskowego. Gdy kończyliśmy wykonywać zadanie zauważyliśmy, że bieg zaczęli konkurenci, co dodatkowo zmotywowało do podkręcenia tempa biegu i jazdy na ostatnich asfaltowych kilometrach. Ok. godziny 21:30 w świetle lamp rowerowych i błysku kilku flashy zakończyliśmy nasze zmagania z Szarpaniną, witani szampanem, uściskami dłoni i gratulacjami. Rajd ukończyliśmy jako drugi zespół, z blisko godzinną stratą do najlepszych, wyprzedzając następny team o ok. 20 minut.