Copyright Marcin Ch. © 2006 Design by JAsko zalecana rozdzielczość: 1024 x 768

 

 

 

 

Pasmo Łososińskie

 

Piąta rano. Budzik natarczywie przypomina mi, że trzeba już wstać. Kładąc na kuchence czajnik z wodą układam w głowie plan zajęć: dopompować koła, spakować narzędzia, przygotować bidon, nasmarować łańcuch… W trakcie śniadania spoglądam na zegarek.

Szósta. W pośpiechu wybiegam z domu i co sił w nogach pędzę na Dworzec Główny. „Spóźnię się, poczekają czy nie?!” kołacze mi w głowie. Zniecierpliwieni Furman i MiśQ, w pełnym rynsztunku, przebierają nogami przed budynkiem dworca. Szybki zakup biletów i biegniemy na peron – do odjazdu pociągu zostało tylko 5 minut.

Siódma. „Pośpiech” wolno przetacza się przez Płaszów, nieco rozpędu nabiera dopiero za Kokotowem.

Ósma. Wsiadamy wreszcie na rowery! Z małymi problemami orientacyjnymi wydostajemy się z Bochni i równym tempem kręcimy w kierunku Limanowej.

Dziewiąta z hakiem. 25 km niezbyt wymagających podjazdów i niezbyt szybkich zjazdów za nami. Stoimy na przełęczy Widomej spożywając pierwsze tego dnia kanapki. Przed nami rozpościera się Pasmo Łososińskie.

Dziesiąta. Szybkim zjazdem dojeżdżamy do Laskowej. Znajdujemy drogę prowadzącą w kierunku szczytu Sałasz. Początkowo łagodnie nachylony asfalt zmienia się w kamienistą drogę wznoszącą się coraz stromiej. Mijamy ostatnie domostwa, żegnają nas ostatnie ujadające psy…

Jedenasta. Zwózkowa droga zamienia się w strome, wąskie podejście. Każda próba pokonania terenu w siodle kończy się fiaskiem. Pokornie pchamy żelastwo w górę wypatrując wypłaszczenia. Ścieżka skręca ostro w lewo zaczynając trawersować zbocze. Jedziemy na wschód, by po kilkuset metrach zmienić kierunek o 180 stopni. Takie kluczenie daje możliwość łagodniejszego nabrania wysokości i zdobywania góry jadąc rowerem. Dojeżdżamy do czarnego szlaku. Ten doprowadza nas na szczyt Sałasza.

Dwunasta. Chwila odpoczynku, rzut oka na mapę i ruszamy dalej. Wszyscy oczekują zasłużonego zjazdu. Teren jednak faluje, opada kilka metrów, żeby znów wznieść się do góry. Wykorzystujemy to do świetnej zabawy. W dół przemykamy po kamieniach i korzeniach, wykorzystując każdą możliwość do oderwania kół od ziemi. Pod górę walczymy o utrzymanie trakcji na mało zwięzłym podłożu. Zdobywamy szczyt Jaworze.

Dwunasta trzydzieści. Zatrzymujemy się na polance pod szczytem. Widoki zapierają dech w piersiach: po lewej stronie rozlewa się Jezioro Rożnowskie, po prawej widać bliższe i dalsze beskidzkie szczyty. Długi zjazd po luźnych kamieniach pokonujemy szybkim tempem. Las przerzedza się i zaczyna ustępować miejsca łąkom. Na dole Furman oznajmia, że zgubił GPS-a. Szykujemy się do mozolnego powrotu... MiśQ na szczęście w porę zauważył lecącego Garmina i dowiózł go bezpiecznie do rąk właściciela. Krótki, stromy podjazd drogą z betonowych płyt daje w kość, jednak pokonujemy go na kołach. Nagrodą jest asfaltowy, długi zjazd, na którym osiągamy prędkość ponad 70 km/h.

Trzynasta z hakiem. Skończyliśmy przygodę z terenem. Pokonujemy kolejne podjazdy i zjazdy w drodze do domu. Przez Sechnę i Rajbrot dojeżdżamy do Muchówki. Cały czas towarzyszą nam ładne beskidzkie krajobrazy. Do Łapanowa jedziemy główną drogą, zdecydowanie mniej atrakcyjną i przyjemną od górskich serpentyn. Przed Gdowem opuszcza nas MiśQ . Furman za bardzo bierze sobie do serca moją uwagę o obiedzie u teściowej i narzuca mocne tempo. Sobie tylko (i swojemu GPS-owi) znaną trasą prowadzi mnie w kierunku Krakowa, omijając główną drogę.

Siedemnasta. Rozstajemy się na Rybitwach. Nęcony wyimaginowaną wonią obiadu co sił naciskam na pedały, pomimo, że w nogach mam już 150km. Po kilkunastu minutach siedzę przy stole a przede mną leży talerz pełen pyszności…

 

TUTAJ przeczytać można wszystko, co zostało po wyjeździe zakodowane w szarych komórkach Furmana :) Zapraszam - naprawdę warto!