LESKOWIEC PRZYPADKIEM
Zaspałem. W pośpiechu, bez śniadania wybiegłem z domu, wskoczyłem na rower i pognałem w kierunku Dworca Głównego. Do pociągu wsiadłem w ostatnim momencie dysząc jak lokomotywa. Okazało się, że poza ekipą Rowerowania.pl, jechała nim również grupa udająca się na Luboń Wielki. Ich cel pokrywał się z moimi planami, więc postanowiłem się przyłączyć. W Kalwarii Zebrzydowskiej konduktor oznajmił, że na torze przed nami zepsuł się pociąg i będziemy mieli przynajmniej godzinne opóźnienie. Ekipa Rowerowania niewiele myśląc zaczęła się szykować do jazdy. Leskowiec na który się wybierali był niedaleko. Po chwili wahania również wysiadłem, nasmarowałem łańcuch i ruszyłem z nimi. Początek trasy, przez Skawce do Krzeszowa przejechaliśmy asfaltem. Po drodze musieliśmy pokonać rzekę Skawę. Jedyną możliwością suchej przeprawy był most kolejowy. W Krzeszowie znaleźliśmy żółty szlak i nim udaliśmy się w kierunku Leskowca. Pierwszy kontakt z terenem uświadomił nam że lekko nie będzie. Kamienisty wąwóz ze śliskimi, mokrymi kamieniami wystawił na ciężką próbę naszą technikę jazdy, a następująca po nim podmokła łąka bez wyraźnej ścieżki, zafundowała nam znaczny wzrost oporów toczenia. Rekompensatą był dość stromy i kręty zjazd doprowadzający w okolice miejscowości Targoszów. Na rozstaju dróg podążyliśmy za znakami żółtymi, które jak się później okazało nie były szlakiem turystycznym, a oznaczeniem drogi pielgrzymów. Po krótkiej dyskusji i korekcie kierunku wróciliśmy na odpowiednią trasę i zaczęliśmy właściwy podjazd na Leskowiec. Góra okazała się być niełatwą do zdobycia – przez cały czas zmagaliśmy się ze stromymi ścieżkami, usianymi dużą ilością luźnych kamieni. Nasza technika jazdy i siła mięśni znów musiały sprostać niełatwemu zadaniu. Jednak wszyscy w komplecie osiągnęliśmy szczyt, na którym pozwoliliśmy sobie na odpoczynek połączony z podziwianiem widoków. Do schroniska doprowadził nas krótki zjazd, który miał być przedsmakiem czekających na nas atrakcji. Po posiłku pożegnaliśmy Tomka i Pawła zjeżdżających inną drogą, a sami pokonaliśmy krótki podjazd na Groń Jana Pawła II. Dalsza część szlaku, aż do Ponikwi była długim zjazdem mającym wynagrodzić nam poniesiony trud. Nie było jednak na tyle łatwo, by zjazd uznać za relaks! Już na początku jadący przede mną Furman wpadł w poślizg zakończony – szczęśliwie niegroźnym - spotkaniem z Matką Ziemią. Niedługo później podobnie zakończył szarżę za MiśQ’iem Michnik. Oba wypadki podziałały chyba na wyobraźnię pozostałych gdyż dalsza część zjazdu pokonana została wolniej i rozważniej. Jedynie grupa prowadząca (którą miałem przyjemność prowadzić) niewiele robiła sobie z rosnącej z każdym pokonanym metrem ilości dużych, luźnych kamieni. W Ponikwii przyszło nam kilkaset metrów przejechać asfaltem, by zacząć ostatni tego wyjazdu terenowy odcinek. Podjazd pod Łysą Górę był całkiem inny niż ten na Leskowiec – twarda, ubita ziemia dawała się pokonać łatwiej i szybciej, nie wymagając przy tym doskonałej techniki jazdy. Zjazd również był o wiele łatwiejszy, dlatego dał wszystkim sporo frajdy. Wynagrodzeniem wszystkich terenowych zmagań były słynne kremówki zjedzone na wadowickim Rynku. Przed wyjazdem w drogę powrotną do Krakowa odłączyła się od nas Joanna. Tak okrojony peleton przejechał przez Witanowice do Tłuczani. Tam oddzieliliśmy się z Lukasem i nie oszczędzając sił popędziliśmy przez Łączany oraz Czernichów do Kryspinowa. Stamtąd każdy z nas udał się w stronę swojego domu. Kiedy przekraczałem próg mieszkania licznik wskazywał 112,5km.
Uczestnicy wycieczki: Kasia, Joanna, Furman, MiśQ, ExPrezes, Tom, Paweł, Leszek, Michnik, Lukas, Skolioza