INTEL POWERADE BIKE MARATON KRAKÓW 2006
Umówiliśmy się z Miśkiem na Błoniach o 10:00. Jadąc na spotkanie czułem już, że to nie jest mój dzień. Zamiast zajmować miejsca w sektorach staliśmy i rozmawialiśmy. Efektem tego było odległe miejsce startowe. Punktualnie o 11 rozpoczęła się rywalizacja. Znienawidzoną pętlę po trawie przejechałem ostrożnie i spokojnie. Na asfalcie zacząłem nadrabiać straty. Na podjeździe pod ZOO wyprzedziłem kilku znajomych: Pita, Furmana, Michnika. Pomimo tego wiedziałem, że jadę wolniej niż rok temu. Kilkaset metrów dalej zjechaliśmy z asfaltu. Zdradliwe wapienne kamienie zebrały już pierwsze ofiary - komuś odjechały opony na zakręcie, ktoś nie wychamował... Mimo to bez przeszkód ominąłem zator. Nie na długo, gdyż na łące pełnej kolein utworzył się korek. Dalej prowadziły szerokie gruntowe drogi przeplatane odcinkami asfaltowymi. Sprzyjało to odrabianiu strat. Zaraz za bufetem spotkałem Łukasza i Dominika. Jechaliśmy razem prawie do Wąwozu Półrzeczki. Zjazd wąwozem mijał się z moimi oczekiwaniami - ktoś z przodu mocno zgniatał klamki. Zaraz za wąwozem nawrót o 180* i błotnisty podjazd. Podbiegałem jak wszyscy - było za ciasno żeby jechać. Na kolejnym zjeździe minąłem dwóch gości i choć karkołomny to był manewr przyniósł efekt. Pętla przez Zimny Dół do Baczyna przesunęła mnie znów kilka oczek w klasyfikacji. Do 2 bufetu dotarłem w dobrej formie, pomimo dosyć mocnego deptania na stromym podjeździe za Baczynem. Przed Nielepicami chcąc wyprzedzić kogoś poza ścieżką wypadłem z trasy. Jednak nie tracąc pozycji wróciłem do rywalizacji. Zjazd do Kochanowa to znów przymusowe zaciskanie klamek. Długi "koński" podjazd następujący po nim częściowo podbiegłem - tak było szybciej i z mniejszą stratą energii. Nim się zorientowałem znów mijałem bufet. Jechało mi się dobrze, więc zdecydowałem się na drugie kółko. Jeszcze przed Wąwozem Półrzeczki dopadł mnie kryzys. Aplikując organizmowi żel energetyczny i Isostara wlokłem się tracąc zdobywane wcześniej pozycje. Dopiero przed Zimnym Dołem kryzys minął. Znowu jechałem równo, jednak wolniej niż na pierwszej pętli. Zakończyłem walkę o zdobywanie pozycji, zacząłem walczyć o utrzymanie aktualnej. Na trasie było o wiele luźniej, mogłem w pełni cieszyć się zjazdami i podjazdami. W Kochanowie spotkałem Joannę, Miśka i ExPrezesa, którzy poinformowali mnie o wypadku Pita. Rozbity tą wiadomością dojechałem do ostatniego bufetu. W Kryspinowie dopadł mnie kolejny kryzys. Straciłem kilka pozycji. Widok Lasu Wolskiego tchnął nowe siły w me nogi. Po szybkim zjeździe przyszło mi zmierzyć się z "Białą Drogą". W zeszłym roku pokonała mnie, tym razem to ja wygrałem. Po wyjeździe na asfalt mimowolnie wyprzedziłem zawodnika jadącego równo ze mną od jakiegoś czasu. Jednak czułem jego oddech na plecach. 200 metrów przed metą nastąpiło decydujące starcie - sprint do bramki odliczającej czas. Linię mety pokonałem w powietrzu - w radosnym wyskoku po wygranej potyczce. Ostatecznie zająłem 102 miejsce open i 54 w kat. M2.