BESKID WYSPOWY
czyli Luboń, Szczebel i Ukleina
Spotkaliśmy Się z Lukasem przy dworcowej kasie. Kupiliśmy bilety na ten sam pociąg co dwa tygodnie temu. Siedząc w przedziale dla podróżnych z większym bagażem zastanawialiśmy się gdzie dojedziemy tym razem. Kiedy pociąg minął Kalwarię odetchnęliśmy z ulgą – punkt krytyczny został za nami. Niewiele zabrakło do przegapienia naszej stacji docelowej - w ostatnim momencie wyskoczyliśmy na peron w Jordanowie. Leniwym tempem dojechaliśmy do centrum, by tam na podstawie drogowskazów obrać właściwy kierunek. Szlak na Luboń Wielki początkowo prowadził asfaltową drogą w kierunku Naprawy. Niestety był na tyle słabo oznaczony, że przegapiliśmy wjazd w teren. Nie chcąc się wracać obraliśmy jedyny słuszny kierunek – pod górę. Po stromym podjeździe udało się trafić na znaki. Dalej pilnowaliśmy ich już bardziej uważnie. Po przekroczeniu zakopianki podłoże stało się śliskie (za sprawą wszechobecnej mgły), w dodatku usiane wszędzie luźnymi kamieniami. Podjazd, choć nie bardzo stromy stał się wymagający technicznie. Ostatnia jego część nie pozwoliła się nam okiełznać… Po kilku chwilach spędzonych w zaciszu schroniska powróciliśmy do zmagań z terenem. Do pokonania mieliśmy najkrótszy, czyli najbardziej stromy zjazd ze szczytu. Pomimo kilku prób nie udało nam się zjechać go w całości. 100 metrów które pokonaliśmy pieszo przesądziło o decyzji powrotu w tamte okolice gdy będzie sucho. Dojeżdżając do zabudowań Glisnego nabraliśmy nieco prędkości. Szeroka, płaska droga dawała więcej możliwości puszczenia klamek niż techniczne, strome przesmyki między drzewami. Okazało się również że uśpiła naszą czujność – efektem tego był snake jakiego Lukas złapał po jednym ze skoków. Naprawa nie trwała długo i pewnie nawet bym o niej nie wspomniał, gdyby nie fakt, że źle umocowana na prędce pompka zgubiła się chwilę później (a była to jedyna pompka jaką mieliśmy…). Podjazd na Szczebel w stosunku do pokonanego wcześniej na Luboń okazał się znacznie łatwiejszy technicznie, za to bardziej siłowy. Sam szczyt również nie należał do takich, które wspomina się z tęsknotą – zaśmiecony i zniszczony przez zwózkę drewna. Za to zjazd dostarczył nam wiele frajdy i adrenaliny – przeplatające się wzajemnie kamieniste wąwozy, śródleśne szutrówki i wąskie, śliskie pasaże między drzewami są chyba tym, czego poszukuje każdy biker jeżdżący w górach. W Lubniu przekroczyliśmy Rabę i błądząc gruntówkami wzdłuż jej biegu dotarliśmy do Pcimia. Wjechaliśmy tam na szlak żółty prowadzący na Działek. Na szczycie odbiliśmy na czerwony. Jechaliśmy grzbietem, który zaoferował nam ciekawy podjazd na Ukleinę i rewelacyjny zjazd do Myślenic – ni mniej ni więcej tylko powtórkę ze Szczebla! Powrót stanął pod znakiem zakopianki. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie kolejny „kapeć” Lukasa. Po kilometrowym spacerze na stację benzynową udało się – dzięki uprzejmości jej pracowników – napompować koło i bez przygód dojechać do Krakowa.
TUTAJ znajduje się relacja Lukasa z wyjazdu.