Wyjazd od początku zapowiadał się ciekawie. 18 godzin przed startem Sierżantowi udało się pożyczyć narty z butami w jego rozmiarze. Jako, że w Krakowie zima nie zdążyła jeszcze zagościć, nie miał okazji wypróbować sprzętu. Wczesna godzina wyjazdu sprawiła, że o mało nie zapomniałem swoich butów... Na szczęście sama podróż nie przyspożyła problemów i ok 7:30 byliśmy na miejscu - w Rzekach. Narty założyliśmy już przy aucie, skąd zjazdem zlodzoną drogą (nie bez przygód :)) udaliśmy się w stronę Doliny Kamienicy. Trasę zaplanowałem tak, by nie było większej ilości stromych zjazdów - Sierżant miał bowiem narty biegowe pierwszy raz w życiu na nogach. Zdobywanie wysokości do Przełęczy Borek ułatwiał ślad narciarzy podchodzących tamtędy przed nami. Piękna pogoda i dobre warunki sprawiły, że droga na Turbacz minęła bardzo szybko - gdyby nie obtarte od niedopasowanych butów stopy Sierżanta można by rzec niepostrzeżenie. Po posiłku w schronisku nadszedł czas na drogę powrotną. Była ona czymś na co czekałem z niecierpliwością, ale też obawą. Zjechać mieliśmy nieznanym nam szlakiem rowerowym prowadzącym w dół spod Bulandowej Kaplicy. Zaraz po wyjściu ze schroniska czekał nas zjazd Halą Długą. Ku mojemu zaskoczeniu Sierżant poradził sobie z nim lepiej ode mnie! Od kapliczki szlak wiódł zaśnieżoną łąką stromo opadającą w dół. Na niej każdy z nas zaliczył spotkanie z Matką Naturą. Pełni obaw wjechaliśmy w las - w nim takie spotkania byłyby o wiele bardziej bolesne i niebezpieczne. Ku naszemu rozczarowaniu nachylenie zmalało na tyle, że musieliśmy prawie do końca wycieczki wspomagać ślizg własnymi mięśniami. Po powrocie do auta pozostał niedosyt - adrenalina nie osiągnęła wystarczającego poziomu na odpowiednio długi czas. Powinna być to motywacja do rychłego powrotu z biegówkami na beskidzkie szlaki.