The North Face Adventure Trophy
WIELKIE ROZCZAROWANIE
startowali: Piotr "RADAR" Gakan, Marcin "SKOLIOZA" Chrobak
W styczniu 2006r Piotrek przedstawił mi pomysł wzięcia udziału w The North Face Adventure Trophy. Kiedy dostałem urlop na czas trwania rajdu, Piotrek zgłosił nasze uczestnictwo. Pierwszy raz mieliśmy brać udział w tego typu zawodach, zatem zgłosiliśmy się do grupy amatorskiej. Przygotowania ruszyły pełną parą. Przed pracą starałem się „łyknąć” kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów na rowerze, raz w tygodniu biegałem po 10 -12 km, wieczorami wspinałem się na sztucznej ścianie a w weekendy starałem się wyjeżdżać w góry – czy to na trekking, czy wspinać się. Wydawało się, że jestem dobrze przygotowany do startu.
Ze względu na pracę, do Zakopanego jechaliśmy osobno: Piotrek z całym bagażem miał być wcześniej i zaliczyć odprawę techniczną, a ja miałem dojechać późnym wieczorem. Kiedy dotarłem na miejsce okazało się, że Piotrek przyjechał przed chwilą – zdążył tylko pobrać numery startowe . Szybko rozbiliśmy namiot i udaliśmy się z wyposażeniem obowiązkowym na wspomnianą odprawę. Po zakwalifikowaniu naszego sprzętu, zabraliśmy się za rozdzielenie jedzenia i ubrań. Część musieliśmy zostawić w bazie rajdu, gdzie znajdował się pierwszy przepak, druga część miała pojechać nad jezioro Czorsztyńskie na drugi przepak. Piotrek czuł się tak jakby "rozbierała" go jakaś choroba, więc wszystko trwało dość długo. Położyliśmy się spać po północy. Rankiem dostarczyliśmy bagaż na drugi przepak i rowery do boksów startowych. Piotrek poszedł kupić kawę na stację benzynową odległą o 500m. Wrócił spocony. Coś było z nim nie w pożądku. Wpakował w siebie od razu porcję leków, które według pani z apteki miały postawić go natychmiast na nogi.
Wolnym krokiem szliśmy w kierunku punktu startowego. Mój pulsometr wskazywał tętno lekko ponad 80 ud/min. Piotrka w tym czasie prawie 130… Etap I odpuściliśmy totalnie. Mogliśmy na nim stracić niewiele czasu, bo maksymalnie ok. 20min, za to walcząc stracilibyśmy sporo energii. Efektem tego była odległa lokata ze stratą 15 min do lidera. W góry ruszyliśmy już dziarskim, lecz spokojnym tempem. W drodze na Przełęcz pod Kopą Kondracką mijaliśmy kolejne zespoły. Niezłe tempo trzymaliśmy prawie do Kasprowego Wierchu. Weszliśmy do schroniska, żeby chwilę odpocząć. W tym czasie wyprzedziło nas kilka zespołów. Stratę nadrobiliśmy szalonym „dupozjazdem”, skończonym prawie pod dolną stacją kolejki. Po zaliczeniu drugiego punktu kontrolnego, weszliśmy do Murowańca na herbatę. Piotrek pochłonął „moc dającą” kanapkę od Mary. Z nowymi siłami ruszyliśmy dalej. Nie szliśmy jako pierwsi, więc nasze zadanie było łatwiejsze. Poruszaliśmy się już wydeptanym torem. Z małymi perypetiami orientacyjnymi i drastycznie spadającym tempem trafiliśmy na trzeci punkt. Tu okazało się, że jeszcze nie jesteśmy "w ogonie". Ruszyliśmy dalej. Na domiar złego, Piotrkowi zaczęło doskwierać kolano, obtarta pięta i przemoczone buty. Wolnym krokiem dotarliśmy do miejsca, w którym powinniśmy byli skręcić na szlak w kierunku Nosala. Tam spotkała nas niespodzianka – szlak ten został wyłączony z rywalizacji i według zaleceń organizatora mieliśmy skierować się prosto do bazy rajdu. Byłem dobrej myśli – krótsza trasa dawała mojemu partnerowi więcej czasu na zebranie sił. W odległości 1,5 km od bazy wyprzedziły nas trzy zespoły… Na mecie odcinka zameldowaliśmy się o 19.11 jako 29 zespół. Po zjedzeniu posiłku regeneracyjnego ustawiliśmy się w kolejce do pierwszego zadania specjalnego – parku linowego. Kiedy po „ tyrolce” zobaczyłem uśmiech na twarzy Piotrka wydawało mi się, że kryzys został zażegnany. Zwłaszcza, że byliśmy przed naszą najmocniejszą dyscypliną– jazdą na rowerach. Po niej miały być kajaki, które choć niełatwe, na pewno nie nadwyrężyłyby nam nóg. Dwie godziny przed startem do odcinka rowerowego, rozmawiałem z Piotrkiem na temat jego formy i o planach na kolejne etapy. Pół godziny później mój partner, ze względu na stan zdrowia, wycofał nasz zespół z dalszej rywalizacji. Byłem wielce rozczarowany, gdyż widziałem szansę na ukończenie rajdu. Wprawdzie nie dotarlibyśmy do mety w takim stylu i z taką lokatą jaką sobie wymarzyliśmy, ale ukończylibyśmy rywalizację – zarówno z innymi zespołami jak i z własnymi słabościami. Zdrowie kolegi jest jednak na pierwszym miejscu Pozostało tylko spakować rzeczy i odebrać depozyt z drugiego przepaku. Wyjeżdżając z bazy rajdu „na pożegnanie”zahaczyliśmy rowerami o rozpięty most linowy. Na szczęście skończyło się tylko na pogiętym bagażniku dachowym…