KIBEL NA „SETCE”
Pod koniec stycznia 2006 roku wybraliśmy się z Jankiem w Tatry. Naszym celem od początku była WHP 100 zwana „Setką”. Droga jak na warunki zimowe nie jest krótka bo liczy ok. 10 wyciągów. Wiedziałem którędy należy iść i jakich trudności się spodziewać, gdyż wspinałem się tam ostatniego lata. Od wyjazdu z Krakowa towarzyszyły nam kiepskie warunki pogodowe – „Zakopianka” tonęła w błocie pośniegowym a na podejściu od Zmarzłego Stawu zmagaliśmy się ze śniegiem powyżej kolan. To wszystko spowodowało, że w ścianę weszliśmy dość późno, bo między 9 a 10 rano. Pierwszy wyciąg od razu zafundował nam jedne z większych trudności, jakie oferowała droga. Udało się na nim porządnie rozgrzać i poza małym odpadnięciem na trawersie (2-gi wyciąg) szło nam dobrze. Po trzeciej długości liny przejąłem prowadzenie. Sprawnie pokonaliśmy trawers pod okapikiem, bez większych problemów aczkolwiek czujnie pokonaliśmy stosunkowo słabo urzeźbioną płytę doprowadzającą do przewieszki. Znów zmieniliśmy się na prowadzeniu. Kilkanaście minut później Janek ściągnął mnie na stanowisko przed ostatnim wyciągiem – Czarną Ścianką. Zapadał zmrok, a po naszej prawej stronie odchodziło szerokie pole śnieżne (latem „trawnik”). Ok. 18:00 zdecydowaliśmy zadzwonić na centralę TOPR żeby upewnić się czy nie jest to wycof. Ratownik dyżurny rozwiał nasze wątpliwości: mieliśmy do wyboru skończyć drogę lub zjechać jeden wyciąg do wycofu. TOPRowiec sugerował, żeby zjeżdżać drogą, gdyż znamy teren, wiemy gdzie są haki i na którym najlepiej będzie się przepiąć do drugiego zjazdu. Posłuchaliśmy go jako bardziej doświadczonego. Zacząłem pierwszy zjazd, ale nie trafiłem na hak. Nie chciałem robić wahadła żeby nie zaklinować liny, więc wyszedłem do góry. Drugą próbę podjął Janek i trafił bezbłędnie! Gdy oboje byliśmy na stanowisku zaczęliśmy ściągać linę. A ta ani drgnie! W żadną stronę! Nasze próby oklinowania jej spełzały na niczym. Małpowaliśmy do góry żeby zlokalizować miejsce zakleszczenia, szarpaliśmy, robiliśmy różne cuda żeby ją odzyskać. Po 4 godzinach bezowocnej walki podjęliśmy decyzję, że za wszelką cenę musimy się dostać do wycofu. Według Ratownika miał tam być „łatwy teren, betony, które swobodnie pokonamy nawet bez asekuracji”. Ze stanowiska zwisały dwa 11 metrowe końce liny – jeden na wszelki wypadek gdyby lina chciała się odklinować przywiązaliśmy wyblinką do haka, drugi obcięliśmy najwyżej jak się dało. Po dojechaniu do węzła dosztukowaliśmy brakujące 13m z taśm. Przepinając się jak na via-ferratach po półtorej godziny dotarliśmy do wycofu. Usiedliśmy pod niewielką przewieszką i posililiśmy się. Zadzwoniłem do TOPRu by poinformować, że jesteśmy w łatwym terenie. Po odpoczynku związaliśmy pozostałe taśmy z końcówką liny, co dało jakieś 17- 20 m. Wzdłuż skał doszliśmy do pola śnieżnego – Mylna Przełęcz była 200m od nas. Betonu jednak nie było! Jedynie sypki śnieg sięgający do połowy uda! Kończyły nam się drugie komplety baterii w czołówkach, pomimo to postanowiliśmy spróbować. Janek wszedł na pole śnieżne, zrobił 4 może 5 kroków i osunął się z całym śniegiem metr do tyłu. Każdy kolejny ruch prowadził do tego samego. Natychmiast ściągnąłem go do siebie i ponownie zadzwoniłem do TOPRu prosząc o pomoc. Moje zgłoszenie zostało przyjęte niechętnie, gdyż wg Ratownika byliśmy w łatwym terenie i powinniśmy sobie poradzić. Stwierdziliśmy jednak, że pomimo wysiłku, energii i sił jakie włożyliśmy w wydostanie się z opresji, nie wspominając o poświęconym sprzęcie, nie warto ryzykować życia. Może gdybyśmy mieli całe 50m liny dali byśmy radę pokonać trudność, jednak to czym dysponowaliśmy nie dawało żadnej możliwości asekuracji. Usiedliśmy pod przewieszką, okryliśmy się foliami NRC i przeczekaliśmy do rana. Pierwsze słowa jakie skierował do nas TOPRowiec przychodzący z pomocą były pretensją, że poinformowaliśmy rodziny o naszej sytuacji. Miał żal, że ktoś do niego dzwonił i pytał jaka jest nasza sytuacja… Po wypiciu gorącej herbaty jaką przynieśli Ratownicy zostaliśmy zapytani kto wymyślił (żeby nie używać mocniejszych sformułowań) żeby zjeżdżać drogą przez przewieszkę, skoro ogólnie wiadomym jest, że to grozi sklinowaniem liny. Gdy odpowiedź brzmiała zgodnie z prawdą „Ratownik dyżurny TOPR” zostaliśmy w milczeniu, naszymi własnymi karabinkami przypięci do 200m poręczówki i wyprowadzeni na Mylną Przełęcz. Kawałek niżej, gdzie Ratownicy mieli narty dostaliśmy jeszcze po kubku herbaty i panowie stwierdzili, że dalej już nas niańczyć nie będą. Spotkaliśmy się dopiero w Murowańcu podczas sporządzania notatki z przebiegu akcji. W ten sam dzień z mediów dowiedziałem się, że niedoświadczeni i nieprzygotowani wspinacze nie poradzili sobie z trudnościami drogi, że o godz. 18 wezwali pomoc, że zostali sprowadzeni do schroniska….